Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 255 095 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Barokowy początek roku szkolnego.

wtorek, 23 kwietnia 2013 12:45

            Fascynująco zapowiada się tegoroczna edycja festiwalu Wratislavia Cantans. Emocje po Misteriach Paschaliach nieco już opadły, więc pozwolę sobie na dość kontrowersyjną dla niektórych tezę, że w tym roku we Wrocławiu będzie nawet ciekawiej niż w Krakowie.

          Program wrocławskiej imprezy jest bardzo różnorodny, ale miłośnik muzyki barokowej znajdzie sporo koncertów, któe powinny mu przynieść dużą satysfakcję. Już pierwszy wieczór zapowiada się niezwykle interesująco, ponieważ do posłuchania będą dwa dzieła gigantów barokowej estetyki: Georga Fiedricha Haendla i Johanna Sebastiana Bacha. Dzieła tego pierwszego (serenata "Aci, Galatea e Polifemo" HWV 72) i drugiego (kantata "Aus der Tiefen rufe ich, Herr, zu dir" BWV 131) pochodzą mniej więcej z tego samego czasu (lata 1707-1708), więc są pokazami ich młodzieńczych umiejętności. Kompozycje te wykona zespół Il Giardino Armonico pod dyrekcją nowego dyrektora artystycznego festiwalu, Giovanniego Antoniniego. Szczególnie ciekawie zapowiada się wykonanie utworu Haendla, które z pewnością nie uniknie porównania z wykonaniem "Il Tronfo del Tempo e del Disinganno" HWV 46a z Krakowa, tym bardziej, że muzyka do "Aci, Galatea e Polifemo" sporo czerpie z "Il Trionfo...". Wokaliści to: Roberta Invernizzi, Sonia Prina, Christopher Purves i Krystian Adam Krzeszowiak.

              Dwa dni później, 8 września, Peter Neumann, Kölner Kammerchor i Collegium Cartusianum wystąpią z programem "Muzyczne nieszpory dla Kościoła dworskiego w Dreźnie" z muzyką przełomu epok, stworzoną przez Henricha Schütza i Giovanniego Gabrielego. Środa 11 września będzie czasem dla Wolfganga Amadeusa Mozarta. Usłyszymy jego młodzieńcze oratorium "La Betulia Liberata" KV 118 w gwiazdorskiej obsadzie z Robertą Invernizzi i Sonią Priną na czele. Za orkiestrę B'Rock odpowiedzialny będzie Corrado Rovaris.

            Kolejnym ważnym medialnie wydarzeniem będzie program "Włochy widziane z północy" z Julią Leżniewą jako gwiazdą. Towarzyszyć jej będzie Wrocławska Orkiestra Barokowa prowadzona przez Antoniniego. Wielką gratką będzie zaprezentowanie motetowego cudeńka Wolfganga Amadeusa Mozarta "Exsultate, Jubilate" KV 165. Utwór ten zawsze robi wrażenie na słuchaczach.

       Dzięki innym barokowo-dawnym występom zapoznamy się z twórczością kompozytorską Carla Gesualda de Venosy, Orlanda di Lassa, Antonio de Cabezóna, Paolo Quagliatiego, Ascanio Mayone, Lucasa Ruiza de Ribayi, Heinricha Ignaza Franza von Bibera, Luigiego Boccheriniego, Domenico Scarlattiego... Dużo tych nazwisk!

            Jak widać, program Wratislavia Cantans 2013 pełen jest wczesnych, młodzieńczych nieraz dzieł muzycznych geniuszy. Jako największą atrakcję wymienię "La Betulia Liberata" Mozarta, bo kto wie, kiedy znowu usłyszymy w Polsce to oratorium, zagrane na instrumentach historycznych i z taką gwiazdorską obsadą.

                Bardzo interesująco wyglądają zapowiedzi koncertów z muzyką, która może być znana nie tylko bywalcom sal filharmonii, ale też miłośnikom muzyki popularnej. 7 września zabrzmi bułgarska muzyka ludowa w ramach projektu "Le mystere des voix bulagares". Każdy, kto interesował się repertuarem wydawanym w latach 80-tych przez niezależną wytwórnię 4AD, skojarzy ten tytuł z dwoma wydawnictwami, któe ukazały się w latach 1986 – 1988 w firmie Ivo Watts – Russella, a które okazały się fonograficzną sensacją w "indiańskich" środowiskach. Czy muzka przywieziona do Wrocławia przez Dorę Hristovą będzie miała coś wspólnego ze wspomnianymi nagraniami? Tego nie wiem, ale spodziewam się, że samym tytułem recital przyciągnie romantyków w średnim wieku, wychowanych na brzmieniach This Mortal Coil czy Cocteau Twins. Drugą próbę połączenia starego z nowym usłyszymy na koncercie wiolonczelisty Giovanniego Sollimy. W programie, obok muzyki Chopina, Wagnera, Bibera czy Gesualda, piosenki... Nirvany z płyty "Nevermind" ("Smells Like Teen Spirit", "Polly") i "In Utero" ("Dumb").

           Program debiutu dyrektorskiego Giovanniego Antoniniego wygląda naprawdę imponująco. Teraz trzymajmy kciuki za dobrą formę artystów!


Podziel się
oceń
0
3

komentarze (3) | dodaj komentarz

Powrót Wielkiego Artysty.

sobota, 30 marca 2013 0:16

          „Wielka Msza c-moll” KV 427 była ostatnią aż do „Requiem” KV 626 poważniejszą kompozycją kościelną Mozarta. W międzyczasie, z oscylujących wokół form religijnych utworów, powstały tylko dwie kantaty masońskie (KV 471 i KV 623), motet „Ave Verum Corpus” KV 618 i urocze małe oratorium „Davidde Penitente” KV 469, ale nie były to rzeczy tak ważne.

         „Wielką Mszę” KV 427 Wolfgang zaczął pisać latem 1782 roku, gdy mieszkał już w Wiedniu, przeprowadziwszy się doń z Salzburga. Utwór ten jednak zabrzmiał po raz pierwszy właśnie w rodzinnym mieście kompozytora, z myślą o salzburskiej orkiestrze zresztą był tworzony. Partie sopranowe z kolei powstały po to, by zaśpiewała je Konstancja Weber, czyli żona Mozarta. Alfred Einstein przyjmuje to za pewnik argumentując, że „Christe” i „Laudamus” napisane zostały ściśle dla tego samego głosu i dla tych samych możliwości wokalnych, co „Solfeggia” KV 393, dedykowana „dla mojej drogiej małżonki”. Einstein łączy też to arcydzieło z nazwiskiem kolejnego dziś granego geniusza – Johanna Sebastiana Bacha. Uważa bowiem, że „gdyby nie było kryzysu, który w twórczości Mozarta wywołało poznanie muzyki Bacha, ani przezwyciężenia tego kryzysu, Msza c-moll nigdy by nie powstała w tej postaci”. Rzekome zarzuty stawiane mszy przez kościelnych tradycjonalistów ten wybitny znawca życia i twórczości Mozarta dobitnie skwitował: „kto odrzuca takie dzieło sztuki jako nieodpowiednie dla Kościoła, mógłby spokojnie usunąć z niego także tondo Botticellego, przedstawiające Dzieciątko Jezus w otoczeniu florenyńskich aniołów; oba dzieła są równie świeckie”.

Konstancja Weber

         Dwie zaprezentowane dziś kantaty Johanna Sebastiana Bacha to „Der Himmel lacht! Die Erde jubilieret“ BWV 31 i „Christ lag in Todes Banden“ BWV 4. Kompozycje te napisane zostały w okresie weimarskim, z czego ten drugi tytuł datowany jest na sam jego początek, co oznaczać by mogło, że jest to jedna z pierwszych kantat Johanna Sebastiana, powstała około 1708 roku. Ten raczej prosty w swej konstrukcji utwór, symetryczny jeśli chodzi o stosowane w poszczególnych częściach głosy (4-2-1-4-1-2-4), tkwi duchowo jeszcze w XVII wieku, w czym podobny jest słynnemu „Actus Tragicus” BWV 106. Kantatę BWV 4 Bach oparł na temacie starego chorału z tekstem o średniowiecznym rodowodzie. Ernest Zavarsky uważał, że jest to kantata trudna nie tylko dla wykonawców, ale też dla słuchacza, „chyba najtrudniejsza ze wszystkich kantat”, bowiem „nastrój staroświeckości przysłania nowsze oraz indywidualne cechy, które zresztą Bach stosował tu w nie mniejszym stopniu jak w innych dziełach, tyle tylko, że przejawiają się one w innej formie niż ta, do jakiej przywykliśmy w jego muzyce”. Przewodnia melodia chorałowa występuje w całym utworze jako cantus firmus, co z jednej strony nadaje dziełu właśnie charakter staroświecki, ale zarazem sprawia, że zaliczam tę kantatę do grupki moich ulubionych. Jest po prostu piękna!

      Kantata BWV 31 z kolei zawiera kilka ciekawych momentów udowadniających mistrzostwo kompozytora w operowaniu dostępnym mu instrumentarium, chociażby świetny, żywy sonatowy początek czy końcowy chorał z trudnymi partią trąbki. Bardzo efektowna rzecz!

            Takie oto dzieła zaproponował nam Marc Minkowski i jego Les Musiciens du Louvre w Wielki Piątek. Towarzyszyli mu wykonawcy: Ana Quintans, Ditte Andersen, Marianne Crebassa, Pauline Sabatier, Owen Willetts, Carlos Mena, Colin Balzer, Jan Petryka, Norman Patzke i Charles Dekeyser.

           Obawiałem się tego koncertu. Marc Minkowski w ostatnim czasie rozszerzając swoje muzyczne pasję o repertuar XIX i XX-wieczny, na płytach z muzyką wcześniejszą niż Beethoven zatracił wigor, z którego wcześniej słynął, i który wysforował jego i jego orkiestrę na czoło peletonu w kategorii „muzyka dawna”. Tak to niestety bywa z idolami z lat młodzieńczych, którzy starzeją się wraz z nami i którzy dostosowują to, co proponują, pod kątem możliwości swoich i pod kątem zmieniających się gustów swojej publiczności. Taki los spotkał Marca Minkowskiego, co nie znaczy, że drastycznie obniżył on loty, jak np. Harnoncourt czy Curtis. Marc po prostu ewoluuje w stronę inną, niż ja bym chciał.

      Dziś, zwłaszcza w „Wielkiej Mszy c-moll”, wrócił do mnie dawny Minkowski: dynamiczny, bezbłędnie panujący nad muzykami, z najprecyzyjniejszym potencjometrem w światku HIP-owskich artystów. Od początku prowadził zespół pewnie, płynnie, po prostu perfekcyjnie, na przekór losowi, który próbował wybić go z rytmu psując organy, tylko opóźniając to, co było nieuchronne, czyli entuzjastyczne podziękowania słuchaczy za te dwie kosmiczne godziny. Mogę znów zacząć recytować „wierzę w Marca Minkowskiego, stworzyciela Les Musiciens du Louvre, i wszystkich ich wspólnych interpretacji...”

Ana Quintans

            Śpiewacy spisali się na medal, a ja dziś wspomnę tylko o jednej osobie z tego grona. Ana Quintans. Od dziś jest moją nową faworytką, jak każda osoba z Portugalii, odkąd zostałem luzofonem i zacząłem uczyć się języka. Będę za nią mocno trzymał kciuki, a już na dniach nadarzy się okazja, jak brzmi na płycie z rejestracją opery Francisco Antonio de Almeidy „La Spinalba”, dokonaną przez ciekawy zespół Os Musicos do Tejo.


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Muzyczne marzenie.

czwartek, 28 marca 2013 1:16

              Gdy 24 lutego 1607 roku w Mantui wystawiona została favola „Orfeo” z muzyka Claudio Monteverdiego do słów Alessandra Striggia juniora, chyba nikt z obecnych w tym pomieszczeniu pałacu Gonzagów, w którym wystawiano to dzieło nie przypuszczał, że jest świadkiem premiery wielkiego arcydzieła ludzkiej działalności muzycznej, które w  rankingach szeroko rozumianego gatunku opery stawiane będzie obok „Don Giovanniego” Wolfganga Amadeusa Mozarta. Utwór, wbrew zwyczajom epoki, został napisany bez wyraźnej okazji, dla satysfakcji mantuańskiej elity. Temat akcji wybrany został nieprzypadkowo: Monteverdi, eksperymentując po prawdzie z materią dramma per musica, chcąc mieć jakiś punkt odniesienia dla wartości swojej pracy, wybrał historię, z którą kilka lat przed nim zmierzyli się Peri i Caccini.

Claudio Monteverdi

              Chociaż „Euridice” Jacopo Periego i Giulio Cacciniego dzieli od „Orfeo” Claudio Monteverdiego zaledwie 8 lat, to jeśli chodzi o warstwę dramatyczną i miejsce w niej muzyki, dzieli je jakościowa przepaść. Już współcześni doceniali to dzieło, o czym świadczy pojawienie się go w druku już w 1609 roku, a także wystawienia w innych miastach Italii, co nie było powszechną praktyką jeszcze przez zgoła 200 lat. Jeśli, jak pisze w książce programowej festiwalu Aleksandra Patalas, „kompozytor obrał sobie za cel i niejako główny temat dzieła ukazanie roli i siły muzyki w procesie oddziaływania na ludzkie emocję”, to nie powinno ulegać wątpliwości, kiedy nazywać go będziemy ojcem opery jako gatunku muzycznego.

                 „Orfeo był nie tyle pierwszą prawdziwą operą, ile pierwszym dramatem, co wcale nie umniejszało roli muzyki, nie czyniło jej służebną, przeciwnie — stawiało przed nią daleko większe wymagania, bowiem jej formy i właściwy dla niej sposób rozwoju musiały układać się w sensowny ciąg dramatyczny” – pisała Ewa Obniska. Nie naruszając  panującej na początku XVII wieku zasady pierwszeństwa słów w stosunku do muzyki, Monteverdi nie ograniczył się tylko do prostych prób przekładu ludzkiej mowy na język zapisu nutowego. Dzięki temu w „Orfeuszu” spotkamy początki tego, co w późniejszym czasie przybierze charakterystyczną formę arii.

        Przytoczmy znów Obniską: „OrfeuszMonteverdiego nie należy do tych jednoznacznych dzieł, które tłumaczą się tylko w jeden sposób i mają jedną warstwę, jedną płaszczyznę znaczeń. Przeciwnie — zaliczyć go trzeba do tych arcytworów ludzkiego ducha, które komunikują nam znacznie więcej, niż ujawnia ich fabuła rozumiana dosłownie jako pewien ciąg wydarzeń dramatycznych’. Rzeczywiście, mnogość chwytów retorycznych, symboliki i innych środków oddziaływania na słuchacza jest w tej kompozycji bardzo duży. Może to powodować trudności z pełnym zrozumieniem intencji Monteverdiego, ale nie umniejsza to zachwytu, w jaki człowieka wprawia słuchanie efektu jego pracy. Dla mnie „Orfeo” to dzieło genialne.

            La Venexiana to zespół artystów założony przez wybitnego śpiewaka Claudio Cavinę. Zgromadzeni wokół niego pod tym szyldem muzycy są w tej chwili według mnie najlepszymi specjalistami od wykonywania muzyki XVI i XVII wieku. Ich specjalnością są madrygały (głównie Claudio Monteverdiego, ale też np. Sigismondo d’India czy Luca Marenzio), ale w zasadzie każda ich płyta to dla mnie wydarzenie. „Orfeusza” zespół nagrał i wydał w wytwórni Glossa w 2006 roku, a z tamtejszej obsady dzisiejszego wieczora w Krakowie usłyszeliśmy Marinę de Liso, Anicio Zorzi Giustinianiego, Salvo Vitalego i Tony’ego Corradiniego. Najważniejsza zmiana w składzie to postaci La Musica/Euridice: na płycie śpiewała je Emanuela Galli, dziś w tych rolach wystąpiła wspaniała Roberta Mameli.

          Słuchanie „Orfeusza” to dla mnie wyjątkowe przeżycie. Nie będę udawał, że wychwytuję wszystkie niuanse partytury. Nie to jest dla mnie najważniejsze. Dzieło to traktuję jak Marty McFly traktował cudowny pojazd profesora Emmetta Browna. Wystarczy zamknąć oczy, by znaleźć się w Mantui czasów księcia Vincenzo I. Claudio Cavina, przy pomocy orkiestry, chóru i towarzyszących im śpiewaków, dzięki swojej subtelnej, ale też pewnie prowadzonej grze wyczarowali w Krakowie atmosferę panującą na ukulturalnionych europejskich dworach sprzed Wojny Trzydziestoletniej. Marina de Liso czy idealna EurydykaRoberta Mameli, to  szczyty interpretatorskiego kunsztu. Ten wieczór, jak i wiele poprzednich podczas kilku ostatnich edycji festiwalu Misteria Paschalia, nie mówiąc już o płytach, skłania mnie do wniosku, że dzisiejsza „dawna” wokalistyka kobietami stoi. Panie zdominowały rynek i w zasadzie tylko wśród nich dziś spotkać możemy prawdziwie wielkie osobowości.

         Zrealizowałem swoje kolejne muzyczne marzenie. Z Filharmonii wyszedłem zadowolony jak dziecko i gdy wrócę do domu, z pewnością puszczę sobie płytę z „Orfeuszem” Claudio Caviny.


Podziel się
oceń
5
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

czwartek, 29 czerwca 2017

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

koncerty, kompozytorzy, płyty, sprzęt

Statystyki

Odwiedziny: 1267544

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Pytamy.pl